|
Blog > Komentarze do wpisu
12.02.2012.
Po maltańskim epilogu przyszedł czas na trochę spóźniony dubliński prolog. Po sześciu dniach w Irlandii już jestem jak najbardziej urządzona. Mam legitymację studencką, kartę zniżkową na transport, bilet 30-dniowy na autobusy (i zbiedniałam o całe 82 Euro :/ ), mam co jeść, mam rower, mam garść informacji o tym co się w mieście dzieje… Nie próżnowałam. Nie zrobiłam również nic konkretnego. Przede wszystkim od sześciu dni się cieszę, że tu jestem. :) W Dublinie zaskoczyła mnie cisza. Może to tylko moja spokojna dzielnica nad oceanem, ale aż się nie mogę rano obudzić bez tego wszechobecnego maltańskiego zgiełku: szumu przejeżdżających samochodów, ciągłego trąbienia, krzyczących kobiet i niekończących się remontów w mieszkaniach sąsiadów. Mój Dublin jest cichy. Odpoczywam. W Dublinie nie jestem sama. Na Malcie tym bardziej nie byłam, ale tutaj od początku jestem strasznie podekscytowana tym, że poznaję aż 17 nowych dziewczyn z mojego programu. Tyle fantastycznych osób z całego świata na raz! :) Już odpowiedziałam na setki ich pytań dotyczących Malty, Dublina i mojego studiowania, już byłam z dziewczynami na piwie w Cobblestone, już spotkałyśmy się na niedzielnym koncercie i przegadałyśmy popołudnie w kawiarni. A znam je dopiero od kilku dni. ;) W Dublinie dużo się dzieje. Rzuciłam się w wir wydarzeń. Zapełniłam kalendarz. Odwiedziłam już kilka galerii i muzeów, byłam na koncercie, na targach pracy, na spacerze w nieznanej mi dotąd okolicy, nawet pierwszy ‘job interview’ zaliczyłam. Codziennie coś się dzieje. Mimo, że mam do swojej dyspozycji rower, póki co spaceruję. Wychodzi tych spacerów dziennie od 2 do 4 godzin, zawsze więcej niż 10 kilometrów. Czuję, że żyję. Ruchu i przestrzeni mi na Malcie brakowało. Parę rzeczy się w Dublinie zmieniło. Zamknięto mój ulubiony pub, na nowo otwarto moje ulubione kino, w remoncie jest Smithfield i nie wiem czy jeszcze będę miała okazję zobaczyć targ koński, podrożały bilety w autobusach, Loch ogarnął trochę kawałek ogrodu. ;) Poza tym czuję się jak w domu. M. śmieje się, że jestem tu na ‘misji kulturalnej’ i rzeczywiście jak patrzę w swój kalendarz to czasem odnoszę takie wrażenie. To będzie emocjonujący tydzień. Ten i każdy następny. :) niedziela, 12 lutego 2012, aniacwidak
|
|